Diagnoza

Im dłuższy czas mijał od operacji, tym jakoś lepiej się czułam. Myślę, że zaczęłam wtedy wypierać chorobę – myśląc „jestem za młoda na jakiegoś raka – objawy do chłoniaka kompletnie nie pasują, więc to na pewno musi być tylko jakieś przewlekłe zapalenie węzłów”. Zresztą pamiętam rozmowę z moją siostrą Ewą – która przekazała mi, że Leszek (mój szwagier – lekarz) analizując moje wyniki – mówił, że nie widzi, żadnej białaczki. Napawało mnie to jeszcze większą nadzieją, że to może jednak nie może być chłoniak.

Zdjęcie sprzed wyników. Na zdjęciu ręką zakrywam miejsce pobrania węzłów chłonnych.

Pamiętam dokładnie, że w nocy przed dniem, w którym w końcu były wyniki śniło mi się, że panie pielęgniarki podając mi kartkę mówią, że wszystko jest w porządku tylko mam pylicę, ale że to nic groźnego i przede wszystkim jest wyleczalne. Jak opowiedziałam swojemu chłopakowi sen – powiedział, że na pewno będzie wszystko dobrze i szczerze przyznam się, że ja też jechałam przekonana, że nic mi nie dolega. Rzeczywistość okazała się zupełnie różna. Podpisując potwierdzenie odebrania wyników w sekretariacie oddziału chirurgi urazowej (miejsca gdzie miałam pobierany węzeł będący materiałem do badania)  zdążyłam rzucić okiem na to co jest napisane i zobaczyłam jedynie – nowotwór złośliwy z przerzutami. Wychodząc łzy ciekły mi ciurkiem, a do Eryka (mojego chłopaka) czekającego pod gabinetem nie byłam w stanie wydusić słowa, tylko ruszyłam prosto do windy, gdzie emocje puściły mnie całkiem i rozpłakałam się mówiąc, że nie dość, że to rak to jeszcze złośliwy. Eryk prosił mnie, żebym się uspokoiła i dopiero poszła do poradni onkologicznej. Tam, miałam się zgłosić do hematoonkolog, u której byłam wcześniej z przekierowania z oddziału onkologicznego, gdzie załatwiono mi tak szybki zabieg wycięcia węzłów. Ja zaś wychodząc z windy zaczęłam już walkę – otarłam łzy i ruszyłam do poradni mówiąc, że nie mam na co czekać, tylko muszę jak najprędzej zgłosić się do lekarza.Do szpitala po wyniki jeździliśmy parę razy,bo zamiast po 2 tygodniach his-pat był gotowy dopiero po 3. Wyniki miały być na 100% – 20-go czerwca – wtedy przyjechała moja siostra, aby mnie wesprzeć. Rodzice dalej nic nie wiedzieli – więc powiedziała im, że jedzie na szkolenie do Kazimierza. Niestety wyniki były dopiero kolejnego dnia, więc spędziliśmy miło czas w pobliżu szpitala w centrum Lublina, w wyjątkowo dobrych nastrojach.

Wcześniejsza wizyta w poradni była dla mnie szokiem. Mnóstwo ludzi w malutkiej poczekalni, gdzie brakowało miejsc do siedzenia. Pacjenci przyjmowani według kolejności przyjścia – co oznacza jedynie panujący bałagan. Przez to ciągłe kłótnie „ja za tym panem byłam ! – nie bo ja przed panią przyszłam i jestem przed tym panem „. Na przyjęcie czekałam ok 4 h słuchając kłótni głownie starszych ludzi. Kiedy weszłam do gabinetu pani dr powiedziała, że niepotrzebnie tyle czekałam, bo ona nie ma na podstawie czego stwierdzić co mi dolega ani tym bardziej nie wie jak mnie leczyć.  Powiedziała także, że jak będę miała wyniki histopatologii, żebym zgłosiła się bez kolejki. Ja zaś po wcześniejszej rozmowie z lekarką, która przekierowała mnie do poradni prosto z oddziału – liczyłam na skierowanie na TK, bądź na badanie PET. Jak widać przeliczyłam się.

Zgodnie z ustaleniami poszłam już z badaniem. Weszłam do pokoju lekarskiego, tym razem bez kolejki. W pokoju siedziała pielęgniarka, która wzięła mój wynik zaś pani dr w tym czasie rozmawiała sobie beztrosko o planach na wakacje, jakby mnie w ogóle nie było. Pielęgniarka jak przeczytała wynik, objęła mnie i zapytała, czy nie chcę syropu na uspokojenie – odmówiłam dziękując jej. Pani dr łaskawie skończyła rozmowę i zerknęła na wynik podsunięty przeze mnie, w którym odczyny wskazujące na chłoniaka były ujemne. Za to było napisane, że w komórkach występuje śluz ( który występuje zazwyczaj przy raku żołądka bądź jajnika) oraz, że nie wykluczony jest nowotwór z przewodu pokarmowego. Kiedy przeczytałam w gabinecie już na spokojnie 2 egzemplarz powiedziałam, że miałam dolegliwości ze strony układu pokarmowego, na co pani dr powiedziała, że nie wydaje się jej, żeby to mogło być źródło. Najgorsze że powiedziała, że dalej  nie wie co mi jest.  Dodała też że mam szczęście, bo ma znajomości na histopatologii bo trzeba oznaczyć jeszcze inne wskaźniki dotyczące chłoniaka. Po zastanowieniu pani dr wypisała mi także skierowanie na TK jamy brzusznej i miednicy, ale powiedziała od razu, że tomograf w szpitalu jest zepsuty i być może będę musiała wykonać badania prywatnie (!). Chyba nie muszę pisać, że z gabinetu wyszłam już nie tylko podłamana, ale także rozczarowana i zarazem wściekła, z poczuciem że mój lekarz nie chce mi pomóc. Oczywiście nie poddając się poszłam do pracowni TK pokazując skierowanie z notatką CITO, na co siedząca tam pani odparła, że najbliższy możliwy termin badania jest we wrześniu ( a był 21 czerwca! ). Wówczas zapytałam „czy Pani widzi, że jest napisane na skierowaniu CITO ? Czy wie Pani, że oznacza to pilnie?” Usłyszałam „tak, ale ja pani nic nie poradzę. Mnie to nie interesuje, tomograf jest  póki co zepsuty”. Oczywiście zabrałam skierowanie i wyszłam. Idąc szpitalnym korytarzem poczułam totalną bezsilność i w końcu pozwoliłam sobie rzucając teczką z dokumentami na płacz, mówiąc do mojego chłopaka, że nikt nie chce mi pomóc. Ostatkiem sił wróciłam na oddział chirurgii do lekarza, który wykonywał mój zabieg. Zapytałam, czy może mi jakoś pomóc w dostaniu się na TK – odpowiedział, że nie ma takiej mocy, bo tomograf jest zepsuty, ale żebym zgłosiła się do innego szpitala.

Wtedy przyszła mi na myśl dr Monika – z mojej przychodni, która załatwiła mi tak szybkie wizyty i zadeklarowała chęć pomocy. Zadzwoniłam do przychodni i kazano mi przyjechać, gdzie pani Ania (pielęgniarka) rozmawiała przez telefon z dr Moniką i przekazała mi, że wieczorem zadzwoni do mnie jak uda się jej coś załatwić. Wieczorem dostałam telefon z prośbą o zgłoszenie się następnego dnia z rana, do przychodni – tam dostaliśmy informacje że mamy się zgłosić do szpitala na Chodźki, aby się zarejestrować na TK .Dodatkowo dostałam  skierowanie do gastroenterologa do lubelskiego centrum onkologii. Na całe szczęście oba ośrodki, w których miałam mieć wykonywane badania są blisko siebie – w tym samym czasie musieliśmy się rozdzielić i załatwić wszystko. Z dokładnymi instrukcjami dotarliśmy oboje w wyznaczone miejsca.

W centrum onkologii musiałam chwilę poczekać – w tym czasie mój chłopak doszedł do mnie z dobrymi wiadomościami – termin tomografii został wyznaczony na poniedziałek ( a mieliśmy czwartek! ). Świadoma, ze mogę mieć wykonaną od ręki gastroskopię byłam cały dzień na czczo. Lekarz, który mnie przyjmował najpierw zobaczył moją poprzednią gastroskopię i powiedział ” ja tutaj nic złego nie widzę, z czym pani do mnie przyszła?”. Wtedy podsunęłam mu wynik histopatologii i powiedziałam o objawach. Od razu zaprosił mnie do pracowni i po podpisaniu zgody na wykonanie zabiegu zaczęło się badanie. Gastroskopia nie należy do najprzyjemniejszych badań, szczególnie jeśli trwa dość długo, ale zarówno pielęgniarka jak i lekarze byli w trakcie niezwykle mili. Tak samo jak w trakcie USG od razu wiedziałam, że coś jest nie tak, bo badanie trwało zbyt długo. Po zabiegu od razu przekazano mi wyniki – lekarz w bardzo delikatny sposób poinformował mnie, że wygląda to na nowotwór, który zajął już cały żołądek. Lekarz zwracał się do mnie w bardzo miły sposób i na moje pytanie, czy w moim wypadku trzeba będzie wyciąć cały żołądek – powiedział: ” nie mogę Pani nic powiedzieć póki nie będziemy mieli wyników wycinków. Proszę się nie załamywać i jeść do tego czasu dużo mięsa”.

Tak wyglądał mój żołądek – wynik badania

Zdjęcia żołądka dla mnie były jednoznaczne – ściany, trzon, śluzówka totalnie czarne – opis także. Opuściłam gabinet i wybuchłam płaczem tuląc się do swojego chłopaka i mówiąc, że to rak żołądka. Totalnie nie wierzyłam w to co mówię – na dworze był piękny słoneczny dzień – zaraz się miały zacząć wakacje, a ja własnie dowiedziałam się, że najprawdopodobniej będę musiała leżeć w szpitalu i mieć operację pozbawiającą mnie żołądka.

W tym samym czasie moja siostra z bratem byli w Warszawie na wizycie z moimi wynikami u bardzo sławnego profesora. Miałam jechać na tą wizytę, ale zdecydowałam, że wykonanie gastroskopii jest ważniejsze.Od razu po wyjściu na zewnątrz starałam się ochłonąć – musiałam zrobić zdjęcia opisu i przesłać do siostry – udało się zakończyć badanie dosłownie 10 min przed wejściem rodzeństwa do gabinetu profesora. Właściwie dopiero teraz dowiedziałam się, że profesor patrząc na moje wyniki od razu podał paczkę chusteczek mojej siostrze…

Tego dnia po powrocie do mieszkania, zadzwoniła Ewa i w trakcie rozmowy chcąc dowiedzieć się co zaproponował profesor, płakałam i pierwszy raz w życiu powiedziałam ” nie chcę jeszcze umierać”…