Następnego dnia po wiadomościach, że najprawdopodobniej mam chłoniaka, poszłam do pracy. Zdecydowałam po serii telefonów wykonanych z rana, że muszę powiedzieć o swojej sytuacji szefowej mojego działu i poprosić o wcześniejsze wyjście, jak tylko dostanę informację, że mogę jechać na wizytę. Chyba nie muszę pisać, że jak szefowa usłyszała o mojej wstępnej diagnozie prawie się rozpłakała. Tak samo zareagował jeden z szefów całej spółki, a ja czułam, że za każdym razem wypowiadając słowa „mam chyba chłoniaka” – nie słyszę swojego głosu i, ze to co się dzieje jest chyba jakimś złym snem.
W międzyczasie dzwoniłam do kilku przychodni próbując umówić się na wizytę do hematoonkologa bądź hematologa – oczywiście bezskutecznie. Aż nagle dostałam telefon z mojej przychodni – w słuchawce usłyszałam lekarkę, która przedstawiła się i powiedziała, że jeśli mam samochód to prosi abym przyjechała do przychodni po skierowanie do szpitala, bo tam czeka na mnie już jej znajoma hematolog. Lekarka, która do mnie dzwoniła nigdy wcześniej mnie nie widziała ani nie leczyła – ale jak zobaczyła mój wynik USG postanowiła mi bezinteresownie pomóc. Prosto do pracy przyjechał po mnie mój chłopak, odebraliśmy skierowanie i ruszyliśmy prosto do konkretnego szpitala.
Po rejestracji, gdzie panie pielęgniarki pocieszały mnie mówiąc „dziecko może to wcale nie to – spokojnie” zrobiono mi badania i zaprowadzono do gabinetu. Tam czekała na mnie miła pani dr, która po obejrzeniu badań, obejrzeniu mojej szyi i konsultacji z kolegą stwierdziła, że póki nie pobiorą węzłów nie wiedzą co to może być. W mojej obecności zadzwoniła do znajomego chirurga i poprosiła o przyjęcie mnie na oddział kolejnego dnia.
Operacja odbyła się 9 czerwca z rana – pamiętam, że idąc na salę operacyjną strasznie się bałam, ale trafiłam na przemiłego anestezjologa, który na moje stwierdzenie , ze nie wiem czy to ma znaczenie ile dokładnie ważę – opowiedział mi żart” moja mama także była anestezjologiem i miała pewnego razu pacjenta, który powiedział, ze waży 65 kg na co moja mama powiedziała -o! waży Pan tyle co ja!; on zaś odpowiedział – na moje oko to waży pani 67 kg – a ja się znam bo zawodowo ważę świnie” 🙂 Po zabiegu obudziłam się po kilku godzinach i następnego dnia wyszłam do domu z 2 szwami na szyi. Na wyniki histopatologii miałam czekać około 2 tyg.
W czasie tych kilkunastu dni zdałam sobie sprawę jak wielką rolę ma szyja nawet przy najprostszych czynnościach. Mój chłopak przez ten czas codziennie zmieniał mi opatrunki ( nie znoszę widoku u siebie szwów), pomagał myć głowę i nie tylko – krótko mówiąc bez Niego znowu nie dałabym rady. Dodatkowo w tym czasie zaczęłam się gorzej czuć – bóle jamy brzusznej zaczęły się pojawiać nawet przy próbie przejścia długości pokoju. Mój brzuch bardzo dziwnie spuchł, i zaczęłam mieć problemy z oddychaniem. Zdarzało mi się płakać dosłownie z bezsilności i uczucia, że nie mogę w pełni nabrać powietrza do płuc.
W piątek tydz po zabiegu po wizycie w przychodni u dr Moniki, dostaniu sterydów na ułatwienie oddychania wraz ze skierowaniem wylądowałam w szpitalu z podejrzeniem zatoru płuc. Spędziłam tam 12 h (!) w trakcie których wykonano mi Dopplera, EKG, echo serca oraz TK tętnic płuc ( które wykazało jedynie kolejne guzy, tyle że na węzłach w okolicy pach) i wypuszczono mnie do domu.
Z pewną ulgą wróciłam do domu, ale pojawił się kolejny problem – mieszkaliśmy wówczas na 5 piętrze (bez windy!), a ja nie dość że ledwo miałam siłę tam wejść to jeszcze zajmowało mi to prawie 15-20 min. W związku z tym stałam się poniekąd więźniem we własnym mieszkaniu. Nie miałam siły chodzić do pracy, więc zostało mi czekanie na wyniki w domu – w tym czasie mogłam liczyć na przyjaciół – tych którym powiedziałam – ale z prośbą o dyskrecję, bo moi rodzice wciąż nie zostali wciągnięci w całą sytuację.
Nieocenieni w tym czasie byli mój brat z żoną na miejscu; moja siostra, która przyjeżdżała pod różnymi pretekstami (np. szkoleń) do Lublina, oraz mój życiowy partner. Wszystkim tym osobom chcę podziękować, bo wiem, że w tym czasie nie dałabym bez nich sobie rady nie tylko pod względem fizycznym, ale także psychicznym. Czekanie chyba nie było najgorsze, tylko fakt, że momentami czułam strach, że mogę nie dotrwać do odebrania wyników…
p.s. zdjęcie przy tym wpisie zostało zrobione w szpitalu przed zabiegiem – strój do zabiegu niczym u chirurgów w „na dobre i na złe” 😉