Trafić jak 6 w totka

Wróciliśmy z Warszawy w piątek i postanowiliśmy zostać na weekend u moich rodziców. Miałam w planach odwiedzić przed podaniem chemii dentystę, gdyż czytałam, że to bardzo ważne, żeby w trakcie leczenia nie mieć żadnych ubytków. W niedzielę zaczęłam się czuć coraz gorzej – bóle w jamie brzusznej nie pozwoliły mi wytrwać godziny w Kościele. Ale przed rodzicami zgrywałam twardzielkę. Niestety nie udało mi się do końca odegrać mojej „roli, bo w nocy z niedzieli na poniedziałek ból nie dał mi spać i przed godziną 7 poprosiłam Eryka, żebyśmy pojechali do szpitala w Kozienicach. Nie budziliśmy specjalnie mojej mamy ani taty, żeby ich nie martwić. W szpitalu z izby skierowano mnie do ambulatorium, gdzie przyjęła mnie pielęgniarka, która przeprowadziła wywiad. Następnie poprosiła wiekową lekarkę, która popatrzyła na mnie błędnym wzrokiem i powiedziała :”co boli? grypa?”. Wtedy przez chwilę zwątpiłam w jakość naszej służby zdrowia. Na szczęście pielęgniarka była na tyle ogarnięta, że właściwie za panią doktor wypełniła dokumentny i od razu skierowała mnie na izbę. Tam trafiłam znowu do lekarza, który przeczytał moją historię choroby, zbadał mnie, wykonał ekg i skierował mnie na salę obserwacyjną, gdzie dostałam kroplówki z lekami przeciwbólowymi. Będąc już podpięta pod kroplówkę dobiegł głos mojej mamy z korytarza. Okazało się, że moja mama zaczęła rozmawiać z lekarzem, co było wielkim błędem, bo po chwili wpadł do mnie z pytaniem „czy nie popełniła pani błędu żywieniowego?”. Chyba nie muszę pisać, że zrobiłam wielkie oczy i powiedziałam mu ” Panie dr ja mam raka żołądka, więc o co pan mnie pyta?!”. Na to zaczął mnie dalej wypytywać co dokładnie jadłam i czy przypadkiem nie spożyłam czegoś co mogło mi zaszkodzić. Jak tylko skończyła mi się kroplówka od razu wzięłam wypis i wróciłam do domu. Pod wieczór wróciliśmy także do Lublina.

W piątek zdecydowałam się znowu przyjechać wraz z moją bratową Agnieszką i jej córkami do Kozienic. Czułam się na tyle pewnie, że prowadziłam samodzielnie samochód. Weekend minął całkiem przyjemnie aż do niedzieli. W niedzielę w nocy z 16 na 17 lipca  w moim pokoju pojawiła się moja mama szukająca termometru. Dostała drgawek z zimna i to do tego stopnia, że nie była w stanie mówić. Zrozumiałam po jej otuleniu w podomkę koc i kołdrę tylko tyle, że chciała żeby ją tata zawiózł do szpitala. Nie pozwoliłam na to i zadzwoniłam po karetkę. Tata zszedł pod blok, żeby szybciej doprowadzić sanitariuszy i lekarza z karetki. Jak tylko przyszli przedstawiłam im całą historię choroby Mamy ( przebyte zawały, dolegliwości z nerkami) i powiedziałam też, że może być to na tle stresowym, z powodu mojej choroby. Lekarka, która była obecna spojrzała na mnie i powiedziała z niedowierzaniem tylko „co Ty dziecko mówisz”. Zdecydowano o zabraniu Mamy do szpitala i na szczęście, że jechała karetką, bo po drodze zaczęła wymiotować i straciła przytomność. W tym czasie spakowałam niezbędne rzeczy, oraz pełną dokumentację i pojechałam z Tatą na izbę. Na miejscu poszłam na salę, gdzie podawano jej już leki i zaczęły ustępować drgawki. Kiedy przewieziono ją na salę obserwacyjną okazało się, że są te same pielęgniarki, które były parę dni wcześniej w trakcie mojej krótkiej wizyty. Były niezwykle miłe i pomocne – przebrały z moją pomocą Mamę w piżamę i cały czas ją kontrolowały oraz pytały mnie czy dobrze się czuje. Posiedziałam w szpitalu jakiś czas, pożartowałam dla rozluźnienia atmosfery – porozmawiałam z lekarzem i po decyzji przyjęcia na oddział pojechaliśmy z Tatą do domu. Tata wyjątkowo kiepsko zniósł tą sytuacje – chyba wszystko na raz przerosło go, bo w szpitalu i w domu nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Po powrocie nie byłam w stanie usnąć, a po 6 Tata pojechał do szpitala, bo ze względu na złe wyniki przewieziono Mamę do Radomia. Okazało się, że dostała zapalenia nerek a przy Jej problemach z sercem nie było to łatwe do opanowania. W poniedziałek z Agnieszką i dziewczynkami musiałyśmy wrócić do Lublina, ale byłam spokojna o Mamę, bo wiedziałam, że ma najlepszą opiekę. Zaczęłam mieć poczucie i  obawy, że moja choroba może być zbyt trudna do zniesienia dla moich bliskich i może odbić się na ich zdrowiu.

Nadeszła środa 19 lipca – Mama wychodziła ze szpitala, a ja o 9 rano dostałam telefon od mojego lekarza z Warszawy – dr Macieja. Poinformował mnie, że zostałam wstępnie zakwalifikowana do badań i zapytał, czy mogę przyjechać następnego dnia do Warszawy. Odpowiedziałam mega szczęśliwa, że oczywiście! Obudziłam Eryka, który był też bardzo pozytywnie nastawiony i zaczęliśmy się pakować do Warszawy. Jechaliśmy jak zwykle przez Kozienice, a następnie do Kasia i Krzyśka. Pamiętam, że jak dojechaliśmy to z wrażenia za bardzo nie mogłam spać, ale miałam wielki apetyt – Kasia upiekła ciasto z owocami, które w większości ja spałaszowałam. W nocy nie mogłam spać, bo bolał mnie cały brzuch, ale też się bardzo denerwowałam. Pamiętam, że w środku nocy brałam bardzo mocne leki przeciwbólowe, bo nie mogłam wytrzymać. Nie zmrużyłam oka ani na chwilę. Wstaliśmy i pojechaliśmy do szpitala, gdzie czekał na nas Tomek. W pierwszej kolejności pobrano mi krew, następnie poszłam na EKG a na końcu czekałam na tomografię. Po tym wszystkim koło godz 10 wróciliśmy na oddział, gdzie czekaliśmy na wyniki. Koło godz 11 profesor wraz dr Maciejem wyszli do Nas z informacją, że badania są na tyle dobre, że kwalifikuję się do podania leczenia. Tomografia wykazała powiększającą się ilość przerzutów na coraz większą ilość organów w zastraszającym tempie.

Wynik tomografii wykonanej przed podaniem pierwszej dawki leków

Nadszedł najważniejszy moment – lekarze powiedzieli, że idą losować leczenie dla mnie. Po 5 min wyszli do nas obaj bardzo uśmiechnięci i prof zapytał „czy wygrała kiedyś Pani coś?” – zaprzeczyłam, a on wtedy rzekł ” to dzisiaj Pani trafiła jak 6 w totka – losował  dr Maciej i trafił dla Pani w leczenie, które chciałem żeby Pani dostała – czyli immunoterapie plus chemię !”. Nasza radość nie znała granic! Przekazaliśmy dobre wieści od razu całej rodzinie i przyjaciołom, oraz dr Monice i pielęgniarkom z przychodni.  Pozostało nam czekać na rozpisanie leczenia, ale trwało to dość długo, bo akurat zaciął się system. W końcu się uspokoiłam i mogłam dopiero coś zjeść. Koło godz 13 zostałam w końcu zaproszona do pokoju chemii dziennej, gdzie Pani Eliza – pielęgniarka podawała mi leki mówiąc po kolei co będę odczuwać. Najśmieszniejszy był moment, kiedy Pani Eliza powiedziała nagle ” Pani Mario, a teraz przyjdzie gwałciciel” wtedy mina mi na chwilę zrzedła, ale usłyszałam ” tzn, że dostaje Pani teraz taki lek, gdzie za chwilę będzie miała Pani uczucie drapania po głowie pieczenia w pupie. Myślałam, że to żart, ale okazało się, że faktycznie są odczuwalne takie efekty- choć nie należą do najprzyjemniejszych. Kroplówki dostawałam przez specjalną maszynę, która podaje leki w odpowiednich dawkach i tempie. Pierwszy dostawałam wlew z leku immunoterapii – Nivolumabu, a jako drugi z chemioterapii – Oksaliplatynę. Wlew z Nivolumabu nie bolał, ale Oksaliplatyna jak to mówi moja pani pielęgniarka jest „wredna” – powoduje ogromny ból całej żyły i ręki, a nawet wrażenie porażenia i drażliwości na każdy choćby najmniejszy dotyk. Pod koniec podawania leków Eryk i Tomek mogli siedzieć ze mną w pokoju chemii, ale tylko dzięki uprzejmości Pani Elizy i z tego powodu, że nikogo prócz mnie nie było. Wlewy przeżyłam, ale ręka w której miałam zrobione wkłucie była delikatnie ujmując w niepełni sprawna. Dostałam zalecenia od lekarza na 3 tyg – leki osłonowe na czczo, 7 tabletek dziennie Capecitabiny czyli chemii w postaci tabletek oraz zastrzyki każdego dnia z  Neopariny. W razie jakichkolwiek komplikacji miałam dzwonić do mojego lekarza prowadzącego.

Wróciliśmy do Kasi i Maćka, gdzie ich córeczki były mega grzeczne, bo wiedziały, że źle się czuje. Wysłałam chłopaków do apteki po realizacje recept  i na ten czas zostałam z Mają i Polą. Widziały, że nie wolno mi dotknąć ręki i z racji, że obie miały w czerwcu złamane rączki powiedziały ” Mary może damy Ci nasz temblak  – będzie Cię mniej ręka boleć”. Rozbrajały mnie swoją opiekuńczością. Wieczorem wróciła Kasia, od której na poprawę nastroju dostałam kosmetyki, które uwielbiam. Śmialiśmy się, że powinniśmy wypić szampana, ale doszliśmy do wniosku że jeszcze troszkę z tym poczekamy na wyniki pierwszej tomografii. Zostaliśmy w Warszawie, ale w nocy zaczęły mnie męczyć mdłości i kolejnego dnia już było mi bardzo ciężko cokolwiek zjeść, aby móc wziąć chemię w tabletkach (4 tabletki rano – 3 wieczorem). Wstałam rano i wmusiłam jedzenie w siebie, ale mimo leków przeciwwymiotnych bardzo mnie muliło. Ruszyliśmy do Kozienic – ja z zapasem wielkich worków na śmieci, ale w miarę dobrym nastroju. U rodziców spędziliśmy 4 dni – były bardzo ciężkie, ze względu na dolegliwości, ale udało mi się uniknąć wymiotów, co uważałam za sukces.Aby mniej myśleć o dokuczających mi skutkach ubocznych spotykaliśmy się z przyjaciółmi jak tylko mój stan na to pozwalał. Byliśmy także, na grillu u Ewy i Leszka – gdzie co prawda niewiele jadłam, ale bardzo miło spędziłam czas w towarzystwie ich przyjaciół. Zabawne, że wszyscy ciągle pili moje zdrowie, a ja się śmiałam że oby tak dalej bo dawało to dobre skutki 🙂 Ręka była dalej porażona, dodatkowo zaczęły mi drętwieć ręce i nogi oraz zaczęły mi opadać powieki – zaczęłam mieć typowe skutki uboczne Oksaliplatyny. Ale wiedziałam, że muszę to wszystko przetrwać, aby wyzdrowieć.

Po okresie około 10 dni zaczęły zachodzić niesamowite zmiany – mój brzuch zaczynał normalniej wyglądać. Był mniej opuchnięty, nic mnie nie bolało i czułam jak guzy  powoli się zmniejszają, a co najważniejsze odzyskiwałam dawne siły! Wszyscy wokół mówili, że zaszły widoczne zmiany w moim wyglądzie, ale także w sposobie mówienia. Zaczynałam powoli wierzyć, że nie tylko wygrałam jakby 6 w lotto, ale czułam że niezależne od wszystkiego moje życie między chemiami wygląda w miarę normalnie.

Zdjęcie z imprezy niespodzianki ! 🙂

W końcu czułam się na tyle dobrze, że byłam w stanie zorganizować imprezę niespodziankę Erykowi z pomocą moich rodziców, Ewy, Leszka i naszych przyjaciół zarówno z Kozienic jak i Kudowy.  Za co muszę jeszcze raz serdecznie wszystkim podziękować –  ekipa z Kozienic za dotrzymanie tajemnicy a chłopakom z Kudowy za to, że chciało im się jechać tyle kilometrów 🙂

Ale największym zaskoczeniem dla mnie było to, że w trakcie pobytu kolegów Eryka w Kozienicach byłam w stanie jeździć na rowerze, co prawda musiałam unikać słońca i kąpieli w jeziorze, ale czułam, że odzyskuje powoli swoje dawne życie. Nie mogłam się doczekać kolejnej wizyty i podania leków, mimo, że wiedziałam, że nastanie parę cięższych dni po kolejnych wlewach. Wierzyłam i nadal wierzę, że leczenie jakie dostałam nie tylko uratuje moje życie, ale dzięki niemu nie cierpię i żyje prawie tak samo jak inni moi rówieśnicy.